
Pokochaj ||
Podlinkuj
Prolog / Kiedy umieramy rodzi się nowe życie... środa, 20 maja 2009 21:13:07
PROLOG
Carlos Bruno, jeden z najbardziej szanowanych ludzi w Barcelonie szybkim krokiem przemierzał plątaninę ulic dzielnicy Raval – najbardziej zapuszczonego miejsca, w którym odbywały się wszystkie egzekucje, gdzie osiedlały się największe szumowiny. Na każdym kroku można było spotkać brudne lupanary, w których kobiety dla paru monet wpuszczały do swego łoża różnych mężczyzn. Jednak teraz nie miał czasu na rozmyślania o losach tego miejsca. Właśnie dostał pilne wezwanie do Santa Ana, gdzie jedna z najważniejszych kobiet Barcelony właśnie wydawała na świat spadkobiercę wielkiej fortuny.
Lady Cortez szybkim krokiem szła za jedną z służek zakonnych. Jej siostra hrabina de Core właśnie rodziła dziecko, które będzie miało w Barcelonie jedną z najwyższych pozycji, a jego majątek będzie ogromny. Ludzie już dawno porzucili nadzieję, że sama hrabina przeżyje poród, jednak mieli nadzieję iż chociaż jej potomek urodzi się zdrowy. Za służką podeszła do komnaty, w której dział się cud narodzin. Za poleceniem zakonnicy klęczącej przed krzyżem koło drzwi musiała zostać na korytarzu podczas gdy służka weszła do komnaty aby pomóc przy odbiorze dziecka. Nie rozumiała tego. Dlaczego ona lady Hermina Isaura Ivatte Cortez, która urodziła już piątkę dzieci, a szóste nosiła pod sercem musiała czekać przed mosiężnymi drzwiami, kiedy jakieś służki zapewne dotykały najważniejszego dziecka w Barcelonie. Jej nie można było nawet stać przy drzwiach i się wszystkiemu przyglądać, podczas gdy brudne ręce pospólstwa miały prawo dotykać hrabiny de Core i spadkobiercy największej i najbardziej wpływowej rodziny.
-Pan Bruno zapewne. - do mężczyzny dobiegł łagodny głos od strony jednego z budynków klasztornych.
-Owszem. - odparł odwróciwszy się i uśmiechając się delikatnie do zakonnicy stojącej przy jednym z wejść do klasztoru.
-Proszę za mną. - zakonnica prowadziła go labiryntem korytarzy w ciszy. Była to młoda dziewczyna o włosach w kolorze smoły i oczach o barwie ciepłego błękitu. Podobnie jak od murów klasztornych tak i od dziewczyny biła niesamowita energia, którą ludzie nazywali świętością. - Czy tępo nie jest za szybkie panie Bruno? - dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego z troską w oczach.
-Ależ skąd. Co prawda taki starzec jak ja, który dożył czterdziestu lat powinien odpoczywać w domostwie, jednak ja uważam, że powinienem poświęcać całego siebie dla bliźnich. - odparł z uśmiechem.
-Bóg to panu szczodrze wynagrodzi. - zapewniła. Gdy weszli po schodach, stanęli w korytarzu, który prowadził do mosiężnych drzwi. Pomimo słabego wzroku Carlos dostrzegł na jego końcu dwie sylwetki, a w jednej z nich rozpoznał lady Cortez.
-Dziękuję za to, że mnie siostra tu zaprowadziła. Myślę, że spokojnie dotrę już do końca korytarza, więc nie będę sprawiał siostrze kłopotu. - powiedział po czym ukłonił się i ruszył w kierunku mosiężnych drzwi. Starał się nie rozmyślać o tym, że na drugim końcu korytarza stała kobieta, którą od zawsze szanował i kochał. Jego pozycja była zbyt niska by mógł zostać jej mężem. W końcu był tylko synem kupca, któremu się poszczęściło. I chociaż lady Cortez była jego najdroższą przyjaciółką i jednocześnie wdową po jego współpracowniku wiedział iż nie zgodziła by się na ten związek przynajmniej po to, aby zachować swą pozycję w społeczeństwie. Poza tym hrabina de Core miała bardzo nikłe szanse przeżycia, a gdyby dostała gorączki po porodowej z pewnością by zmarła, a wtedy jedyną rodziną narodzonego dziecka byłaby jej siostra. Wiedział, że władze z całą pewnością nie zgodziły by się aby spadkobierca rodziny de Core był wychowywany przez kobietę, która wyszła za syna kupca w dodatku w tak krótkim czasie po otruciu jej męża. Zapewne zostałby oskarżony i powieszony za morderstwo męża lady Cortez, a sama kobieta zostałaby obciążona grzywną, gdyż władze były by przekonane iż brała udział w tym przestępstwie. Nie zostałaby zabita tylko przez wzgląd na nazwisko i status społeczny. Gdy zbliżał się do końca korytarza przyspieszył kroku. Podszedł do lady Cortez i ukłonił się głęboko.
-Mam nadzieję, że zarówno pani jak i pani dzieci mają się dobrze. - powiedział.
-Owszem, jednak nie mogę potwierdzić stanu zdrowia mojej drogiej siostry. - powiedziała sucho wpatrując się w drzwi. Zapewne ktoś kto nie znał tej szlachetnie urodzonej kobiety powiedziałby, że przemawia przez nią zarówno duma jak i oschłość w stosunku do siostry. Jednak Carlos Bruno, że w ten sposób okazywała ona zdenerwowanie i zmartwienie. Zapewne nigdy nie będzie mógł sobie wyobrazić jak bardzo kochała ona swą siostrę. Kobieta podeszła do okna i spojrzała na miasto spowite w mroku. Sztywno upięty kok na jej głowie rozluźnił się i niektóre kosmyki ciemnych włosów, którym udało się wyswobodzić opadały na jej karmelową cerę. Była zupełnym przeciwieństwem swojej siostry – złotowłosej damy, na której ustach zawsze widniał uśmiech, a cera była wręcz mlecznie biała. Jedyne co wskazywało na pokrewieństwo między tymi dwoma kobietami były oczy w kolorze czystego nieba po deszczu lub burzy. Lady Cortez napięła się jak struna, co spowodowała, że jej wysoka i koścista sylwetka zdawała się zmienić kobietę w kostuchę, każdy mięsień jej ciała był napięty, a nerwy powodowały, że ręce arystokratki trzęsły się za każdym razem, gdy zza mosiężnych drzwi dochodziły odgłosy świadczące o przychodzeniu na świat potomka rodziny de Core. Mijały godziny a księżyc coraz wyżej świecił ukazując piękno, które skrywała w sobie Barcelona i jej ulice. Lady Cortez nachodziły obawy, że dziecko już nigdy nie przyjdzie na świat, kiedy dokładnie o północy jedna z służek wyszła z komnaty.
-Potomek rodziny de Core właśnie przyszedł na świat. - oznajmiła. - A raczej winnam powiedzieć potomkini. - uśmiechnęła się delikatnie po czym ukłoniła się do arystokratki, która wpatrywała się w nią zmęczonym i jednocześnie szczęśliwym wzrokiem. - Hrabina chce się z panią zobaczyć. - odsunęła się w drzwiach przepuszczając kobietę, po czym zamknęła drzwi. Carlos Bruno jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym zniknęła jego przyjaciółka.
-Nie wpuszczą pana. - odezwała się melancholijnym głosem zakonnica, która właśnie zakończyła modlitwę.
-Dlaczego? - spytał wyraźnie zdziwiony.
-Tradycję trzeba szanować panie Bruno. - odezwała się po czym ruszyła w stronę drugiego końca korytarza.
Lady Cortez weszła do komnaty. W jej nozdrza natychmiast dotarł zapach słonego potu i krwi. Skrzywiła się nieco, ale po chwili powróciła do swojej dawnej postawy. Podeszła do siostry, która siedziała wyła wsparta na poduszkach, a na rękach trzymała małe zawiniątko. Złote włosy hrabiny były pozlepiane od potu, a jej jasna cera cała zaróżowiała. W jej oczach jaśniał niezrozumiały dla nikogo blask, jaki pojawia się w oczach kobiety na widok jej nowo narodzonego dziecka.
-Hermino. - powiedziała słabym głosem na widok swojej siostry. - Proszę usiądź obok mnie. - kiedy siostra usiadła obok niej spojrzała w jej oczy tak podobne do tych jakie miała ona i dziecko, które trzymała na rękach. Przełożyła dziewczynkę na jedną rękę i zwinnym ruchem odpięła wisiorek, który był na jej szyi, po czym podała go siostrze. - Daj jej to później. - z jej oczu pociekły łzy, kiedy odsłoniła koc w który było zawinięte jej dziecko, tak aby lady Cortez mogła ujrzeć twarz jej największego na świecie skarbu. Teraz to ona miała być jedyną rodziną dziewczynki. Hrabia de Core umarł w potyczce kiedy hrabina była w pierwszym miesiącu ciąży. Jednak to nie on był ojcem dziewczynki. Hrabina od ich pierwszego spotkania wiedziała, że jest bezpłodny. Ojcem tego małego aniołka był mężczyzna, którego naprawdę kochała, ten sam który zniknął gdy powiedziała mu o tym, że jest w ciąży. A teraz i ona miała opuścić ten świat zostawiając bezbronne dziecko na pastwę ludzi pragnących tylko jej pieniędzy.
-Ależ co ty mówisz Cathrine? - lady Cortez spojrzała na nią z niedowierzaniem, jednak jej siostra jej nie słuchała.
-Jest śliczna prawda? - złotowłosa wpatrywała się w dziecko, które przyglądało jej się z czymś co przypominało uśmiech na twarzy, a jego kasztanowe włosy delikatnie opadały na maleńkie czółko. - Moja mała Anna Margaret. - powiedziała po czym wydała ostatnie tchnienie. Umarła w najszczęśliwszym momencie swego życia, czyli tak jak pragnęła tego większość ludzi na tym świecie. Jednak umarła też ze świadomością, że nie zobaczy jak jej córka rośnie, jak stawia pierwsze kroki... I że nigdy nie usłyszy jak słodkim głosikiem woła do niej „mamo”... Lady Cortez nawet nie zorientowała się, kiedy jej oczy się zaszkliły, a po policzkach spłynęły dwie wielkie łzy. Jednak opanowała się w porę aby służące nie widziały jej szlachetnych łez. Spojrzała na dziewczynkę. Jej twarz zmieniła wyraz, zagościł na niej dziecięcy smutek. Wyciągnęła malutką rączkę w stronę twarzy matki zastygłej w wiecznym uśmiechu – twarzy wyrażającej szczęście. W tym momencie klasztorną ciszę zakłócił płacz dziecka, które straciło matkę... To właśnie wtedy zyskałam życie, ale, żeby je zdobyć musiałam zabić własną matkę, nawet jeśli nie byłam jeszcze tego świadoma...
komentarze [13]
Szablon
Wykonała Camile Tylko dla tiempo-de-sangre
Zdjęcia i pattern: Deviantart